Pajacu? Brudasie? - przeciez ja tu mieszkam....
Przyspieszony kurs jezykow europejskich w weekend spowodowal totalny mix w naszych glowach ruinujac rowniez nasza zdolnosc logicznego komunikowania sie po polsku. Platal sie niemiecki z angielskim, hiszpanskim i francuskim, w polski wkradal się angielski, a w niemiecki hiszpanski i polski, kompletne wariactwo.
Ostatnie dni ze wzgledu na wzmagajacy sie wiatr prosto w morde, coraz ciezsza walke by doplynac do portu na Azorach i wciaz rosnace spoznienie, przebiegaly w nerwowej atmosferze. Wygladalo na to, ze kazdy kazdego mial dosyc.
Biegali jak z pieprzem juz od rana. Kryli sie po kabinach, znosili jakies przedziwne sprzety do forpiku, a jak weszlam tam po make by zrobic chleb, Simon bez zadnych ceregieli wyrzucil mnie wraz z pudelkiem za drzwi – zblizalismy sie do rownika...
Przybilismy do Salvadoru by naprawic rozdarty zagiel i dotankowac paliwo. Miala to byc planowo bardzo krotka wizyta. Siedzimy tu juz 7-my dzien a nastroje zaczynaja byc mocno wisielcze.
Plynie sie fajnie, mimo ze jest to zupelnie inne zeglarstwo niz to, ktore znamy. Zagle wciagniete na maszty, 2 silniki cala naprzod i jedziemy wzdluz wybrzeza Ameryki Poludniowej. Nawet jesli wieje 8 to ciezko to zauwazyc – jacht jest skrzyzowaniem luksusowego hotelu z dobra restauracja.
Lukasz wychodzi rano porobic ostatnie zdjecia dla Panasonica i przynosi jedno ze stalowym jachtem niknacym w oddali. Patrzymy z niedowierzaniem, porownujemy ze zdjeciami z folderu ktory dostalismy – jak nic ! To Tara !!! Spoznilismy sie na nasz jacht do Europy!
Plan zaklada szybka wizyte przy wodospadach i przejazd autobusem do Rio de Janerio. Praktyka wypada jak zwykle inaczej. Najpierw kombinujemy z wejsciem i to zabiera troche czasu, potem podziwiamy wodospady i to zajmuje juz caly dzien.
Na kilka godzin goraca samba rozbrzmiala w tak pojechanym swiecie fantasy, ze nie wiadomo bylo na co patrzec. Przebrani, roztanczeni ludzie wjechali na wielkich smokach, zlotych kogutach, pegazach, i wszelkich innych wymyslnych stworach – pojazdach, pomiedzy szly setki przebranych ludzi, bebnily bebny, taneczny orszak ciagnal sie bez konca pyszniac sie forma i kolorami.
Jeszcze jedna rzecz zaskakuje nas w Buenos Aires. Po deszczu na ulicach jest powodz. Wody jest po kolana, samochody tona po drzwi, niektore staja posrodku brudnej rzeki z zalanymi swiecami. To podobno normalne zjawisko po deszczu.