Konczac relacje z podrozy dookola swiata pisalam: tak bardzo chcielibysmy byc teraz w Peru i w Boliwii, w miejscach ktorych nie zdazylismy zobaczyc...... Powrot.
Kochani, mamy zaszczyt zaprosić Was na wystawę naszych zdjęć w dużym formacie w CK Zamek w Leśnicy, pl. Świętojański 1. Otwarta codziennie w godzinach 10:00 - 18:00. Do 31 maja.
Na stoku zostajemy my i wiatr. Wygania nas do schroniska wściekły najazd burzowej chmury pędzącej z góry wprost na nas. Oj wieje dzisiaj, nie ma dyskusji.
Zawolal nas Martin - biolog ze statku - ”Chodzcie, posluchajcie go”. Mielismy dzis ze soba hydrofon. Gleboka cisze w sluchawkach przerywalo wyrazne klikanie - charakterystyczny glos kaszalota...
Pierwszy raz widzialam ten gatunek i mokre, elastyczne grzbiety blyszczace czernia na powierzchni wody przypomnialy mi orki z Tysfjordu. W ciaglym ruchu pojawialy sie i znow znikaly pod woda pokazujac na chwile czubek glowy i grzbiet.
Pogoda sie poprawia. Znow mozna podziwiac slonce swiecace nieprzerwanie przez cala noc, turkus wody zimnej jak lod, ale czystej jak krysztal, strome zbocza osniezonych gor i szybujace za drewnianymi kutrami rozkrzyczane stada mew. A niebo jest przy tym ..... nieeebieskie :)
Jak powiem, ze szorujemy szamponem do domow wielka, drewniana chalupe, ktora zabrudzili ziemia jak montowali jej na dachu trawnik, to zabrzmi to troche nieprawdopodobnie, prawda? A jednak ;) Serdeczne pozdrowienia z polnocnej Norwegii!
„Eee, zostaw tego brudasa” – chlopcy podsumowali mojego chlopaka-bohatera i odeszli anulujac akcje. Pajacu? Brudasie? - przeciez ja tu mieszkam....
Wpakowali nas w pelne sztormiaki i docieplili kazdego welniana czapka. Ustawili na rownikowym sloncu i ropoczal sie akt oskarzenia. Za wszystkie czyny, ktorych sie dopuscilismy lub nie, mielismy poniesc surowa kare i przejsc szereg tortur – byla nas trojka : Lukasz, Nico i ja...
W gorace noce miasto wibruje w afrykanskim rytmie gdy grupy grajace na bebnach przemaszerowuja waskimi, brukowanymi uliczkami, ciagnac za soba roztanczony tlum.
Padlo haslo kapieli i juz po chwili pierwsza osoba wisiala na dzwigu za burta. Kapalismy sie za rufa probujac biegac po powierzchni oceanu, plywac jak delfin, latac jak samolot, co komu do glowy przyszlo. Bylo tak fajnie, ze nawet kapitan wyskoczyl za burte :)
Zaczyna sie kolejny, zupelnie nowy etap naszej podrozy. Zlapalismy “na stopa” plywajaca legende i plyniemy przez Atlantyk do Europy. Jacht nazywa sie Tara, a wczesniej plywal pod nazwami Antarctica i za czasow Petera Blake jako Seamaster.
Przebrani, roztanczeni ludzie wjechali na wielkich smokach, zlotych kogutach, pegazach, i wszelkich innych wymyslnych stworach – pojazdach, pomiedzy szly setki przebranych ludzi, bebnily bebny, taneczny orszak ciagnal sie bez konca pyszniac sie forma i kolorami.
Fitzroy byl absolutnie genialny, to miejsce polozylo nas na kolana a ekipa Polakow, ktora sie tam mniej lub bardziej przypadkowo znalazla byla na prawde super.
Od kiedy wyladowalismy w Chile minelo juz 3 tygodnie. Czas tutaj bardzo przyspieszyl, choc czasem wydawalo sie ze stoi w miejscu kiedy wraz z nim stalismy i czekalismy na kogos kto by nas zabral z drogi ...